18:52, brama, która zawsze się zacina

Córcia wysiada, zanim zdążę zaciągnąć hamulec — plecak na jednym ramieniu, słuchawki już w uszach.
— Pa, tata.
Cztery kroki i klatka schodowa. Nie ogląda się, bo umówiliśmy się kiedyś, że to jest normalne, i teraz muszę się tego trzymać znacznie bardziej niż ona.

Naprawdę jest osiemnaście stopni i sucho jak w kartonie.
Siedzę jeszcze chwilę z ręką na kluczyku. Radio włącza się samo, zawsze na tej samej stacji, i zawsze w połowie piosenki, której nie znam.
19:02, numer, którego nie mam w kontaktach
Telefon dzwoni dokładnie wtedy, kiedy wjeżdżam na obwodnicę.
— Cześć, tu Marta. Ta od psa.
Ta od psa. W piątek jej beagle owinął mi smycz wokół nóg pod sklepem, ona ciągnęła go za obrożę i przepraszała.
Ja powiedziałem coś mądrego o tym, że psy znają się na ludziach. Dałem jej numer między jednym a drugim zdaniem i zapomniałem, że dałem.
— Słuchaj, mam jutro bilet na koncert, bo koleżanka mnie wystawiła.
W tym miejscu należało powiedzieć jedno słowo, i to słowo brzmi „idę".
Powiedziałem: — A jaki to koncert?
Cisza trwa trzy sekundy, akurat tyle, żeby usłyszeć w tle, jak jej pies pije wodę z miski.
19:06, prawy pas, siedemdziesiąt na godzinę

Ja w tej samej sekundzie mówię: „bo w poniedziałki miewam wcześnie".
— Miewasz wcześnie — powtarza po mnie. Bez znaku zapytania.
Notatnik mam w telefonie, więc na czerwonym świetle dyktuję jedno zdanie: kobieta, która nie kończy zdania pytajnikiem.
— To pójdzie do książki — mówię jej, bo zawsze to mówię i zawsze jest to odrobinę prawda.
— Piszesz książkę?
— Redaguję cudze. Swoją na razie zbieram.
Śmieje się i słychać, że ten śmiech idzie z brzucha, a nie z grzeczności.
— To ile ty masz właściwie lat, redaktorze?
— Szczęśliwi w dowód nie patrzą.
— Nie odpowiedziałeś.
— Nie odpowiedziałem.
19:11, zjazd

— Wyślę ci adres — mówi. — Jeśli do dziewiątej nie napiszesz, że nie możesz, to znaczy, że możesz.
I się rozłącza, zanim zdążę zrobić cokolwiek głupiego.
To pierwsza osoba od trzech lat, która zostawiła mi otwarte drzwi zamiast pytania. Niczego nie musiałem obiecywać ani nawet potwierdzać. Wystarczy nie zepsuć.
Włączam kierunkowskaz. Mieszkanie jest piętnaście minut stąd, jest tam cicho i pachnie niczym.
Nie jadę do domu.

Naprawdę skręcam w prawo i jadę po zakupy, bo o dwudziestej pierwszej nie chcę zaczynać myślenia od kolacji.

Jest 19:13. Do dziewiątej mam prawie dwie godziny na to, żeby czegoś nie zepsuć.
Statystyka jest po stronie zepsucia.
Gustav to pseudonim redakcyjny. Postać, nie osoba.




