7:40, winda
Budzika nie nastawiłem i blok poradził sobie beze mnie.
Winda przyjeżdża pełna i odjeżdża bez pytania. Pachnie trzema perfumami naraz i żadne nie jest z tego piętra.
Schodzę pięć pięter i udaję, że tak zaplanowałem.
7:55, parking
Osiedle wyszło naraz. Obcasy, marynarki, kawa w biegu.
Wszyscy się spóźniają i wszystkim jest z tym bardzo do twarzy.

Dyktuję w zegarek: we wrześniu miasto ubiera się poważniej, niż zamierzało. Notatka do rozdziału, którego nie napiszę.
Mój Passat jest tu jedynym autem, które nigdzie się nie spieszy.
9:30, M3 w Otwocku
O tej porze nie ma tu nikogo, kto ma szefa. Pięć osób, jeden wolny drążek.
Dwieście dwudziesty dziewiąty dzień z rzędu. Kolano zgłasza uwagi już przy rozgrzewce.
Kobieta przy wyciągu przewija coś kciukiem szybciej, niż da się czytać.
— Rozprawa w czwartek? — pytam, bo zdążyłem to sobie poskładać.
— Instrukcja piekarnika. Przywieźli wczoraj i nie umiem go włączyć.
Kiwam głową jak człowiek, który właśnie coś ustalił.
— Zwolni mi pan drążek? Wychodzę za dziesięć minut.

Naprawdę robię dwa podciągnięcia i połowę trzeciego. Ta połowa trwa dłużej niż całe moje liceum.
Ona robi dziewięć. Bez huśtania, bez miny.
11:45, kawiarnia
Barystka zabiera pierwszą kawę, zimną, i stawia drugą.
— Idzie panu?
— Idzie autorce.
Autorka odprowadza syna do szkoły przez cztery akapity. Wykreślam ściśnięte gardło. Wykreślam liście, bo pierwszego września nie ma liści. Zostawiam ojca stojącego z boku — jedyne prawdziwe zdanie na stronie.
Telefon się zapala. Zdjęcie bez podpisu: brama, plecak, buty, których nie znam.

Nie mój tydzień. Dowiaduję się w ten sposób.
Córcia stoi bokiem i śmieje się do kogoś poza kadrem. Plecak na jednej szelce — tak się go nosi, żeby nie wyglądać na pierwszą klasę.

Naprawdę powiększam trzeci raz i czytam to zdjęcie jak cudzy akapit.
Co zostało w kadrze, co ktoś z niego wyciął. Dokładnie to, co przed chwilą wykreśliłem autorce.
18:15, wózkownia
Grupa starego klubu budzi się pierwszy raz od wakacji. Jutro trening, brakuje jednego do składu.
Piszę „jestem", zanim zdążę policzyć, ile lat nie grałem.
Korki stoją za rowerem Córci, z zaschniętym czerwcem na spodzie.
21:20, balkon
Piszę: „Jak było?". Kasuję, bo to ankieta.
Piszę: „Widziałem zdjęcie, dobre buty". Kasuję, bo „widziałem" znaczy, że mnie tam nie było.
Piszę: „Wiem, że to nie mój tydzień, ale…". Kasuję na słowie „ale".
Czwarta ma pięć słów. Autorce zostawiłbym dokładnie tę. Wysyłam.

Naprawdę leżę brzuchem na barierce i patrzę, jak trzy kropki pojawiają się i znikają.
Odpisuje emotką, której nie znam. Sprawdzam ją jak obce słowo w słowniku.

Marta pisała w niedzielę o środzie. Środa jest jutro, trening też.
Korki zostawiam przy drzwiach. Kolano dowie się rano.
Gustav to pseudonim redakcyjny. Postać, nie osoba.




