
Zrobiłam więc solidny rachunek sumienia. Przeliczyłam mililitry płynnych maseczek, sukienki w szafie, minuty spędzone w solarium, akcesoria w kosmetyczce. Wynik nierokujący na osiągnięcie piękna. Tam gdzie nie wynosił on "zero", był jednocyfrowy, a dokładniej mieścił się w liczbie palców u jednej ręki. Gwoli ścisłości najwyższy to dwa - dwie sukienki (archiwalne - komunijna i studniówkowa) i dwa akcesoria w kosmetyczce (podkład i tusz do rzęs). Maseczką nigdy się nie skalałam, a słońca, jak i jego imitacji - solarium, organicznie nie znoszę. Tak samo jak sukienek. Czy te skandaliczne braki wykluczają mnie ze świata pięknych?
Na miejscu wydaje mi się teraz krótka refleksja - co to znaczy być pięknym? I nie chodzi mi tu bynajmniej o to, czy piękniejsza jest Angelina Jolie, czy nasza rodzima Doda. Nie chciałabym również popadać w przyciężki ton pięknych czynów, tych z gatunku heroicznych. Wolałabym skupić się na pięknie powszedniości. Bez zestandaryzowanych wymiarów i podniosłych słów. Rzecz w codzienności.

Czy modelka uśmiechnięta kompletem doskonale prostokątnych białych zębów, leżąca w pozie zachęcającej, na idealnie żółtym piasku, może równać się z przeciętną, do wczoraj dziewczyną, która właśnie dziś się zakochała? Jej oczy mówią więcej niż modelka w pozie zachęcającej, choćby nawet fotoedytor uczynił jej zęby jeszcze bielszymi i powiększył jej miseczkę o dwa poziomy. Abstrahując od mechanicznych odczuć erotycznych, które może wzbudzać modelka - nasza zakochana, do wczoraj przeciętna, porusza serca, a nie tylko mięśnie. Jest prawdziwa.