17:40, Hala C
Nikon na ramieniu waży tyle, co poczucie winy. Przez cztery godziny nie zrobiłem ani jednego zdjęcia ludziom. Mam na karcie siedemnaście ujęć dronów, dwa zbliżenia na gąsienice i jedno na fakturę kompozytu, który ma wytrzymać wybuch miny.
Tłum gęstnieje. Faceci w garniturach dotykają luf z taką czułością, z jaką w sobotę głaskali maski swoich SUV-ów.

Naprawdę sprawdzam, czy domknąłem klapkę od baterii i czuję, jak odzywa się odcinek lędźwiowy.
20:15, Hotelowe lobby
Wieczór branżowy. Catering jest poprawny, białe wino za ciepłe, a rozmowy o zasięgu rażenia mieszają się z zapachem duszonych pieczarek. Hostessy stoją przy stoiskach jak eksponaty, o których pisałem w niedzielę — są częścią wystawy i wiedzą o tym lepiej niż ktokolwiek tutaj.
Trzymam kieliszek i szukam wzroku kogoś, kto też chce stąd wyjść.
21:30, Wysoki stolik
Ona nie jest hostessą. Ma ciemny żakiet, identyfikator z logo firmy od optoelektroniki i minę kogoś, kto od trzech dni tłumaczy różnicę między termowizją a noktowizją.
— Z której redakcji? — pyta, opierając się o blat.
To jest pytanie, na które od trzech lat nie mam dobrej odpowiedzi.
— Tej, która jeszcze nie powstała — mówię. — A pani?
— Z tej, która właśnie przestała mnie bawić.
22:10, Pod światło
Podnoszę aparat, żeby sprawdzić ostrość na logotypie za jej plecami. W wizjerze, na krawędzi kadru, widzę jej lewą dłoń na kieliszku.
Jasny pasek na serdecznym palcu. Skóra, która nie widziała słońca przez kilka lat, teraz wystawiona na ostre, targowe reflektory. Jest świeży. Tak świeży, że niemal czuję jego ciężar, choć to tylko brak metalu.

Ona zauważa, że patrzę. Nie chowa ręki. Przeciwnie — prostuje palce, jakby chciała, żeby to odcięcie było wyraźniejsze.

Naprawdę stoimy przy plastikowym stoliku z okruchami paluszków, a ja wiem o niej wszystko, bo trzy lata temu miałem ten sam ślad na skórze.

23:45, Pokój hotelowy
Winda w kieleckim hotelu pachnie kawą i mokrą wykładziną. W pokoju zdejmuję buty i siadam przy biurku. Wyjmuję notes.
Mógłbym napisać o tym, że wolność ma kolor niewypalonej skóry. Albo o tym, że niektóre braki widać wyraźniej niż obecność.

Naprawdę patrzę na pustą stronę, wyjmuję baterię z aparatu i kładę ją do ładowarki.
Pierwszy raz od dawna nie dopisuję ani słowa.

Nic tu nie jest do dopisania.
Gustav to pseudonim redakcyjny. Postać, nie osoba.




