07:20, stół w kuchni
Niedziela rano ma zapach kawy i chłodu wpadającego przez uchylone okno. Na blacie leży notes. Z lewej: mąka, mleko, jajka. Z prawej: lista na wyjazd do Kielc.

MSPO to jedyny moment w roku, kiedy technologia i stal dają mi złudzenie porządku. Sprawdzam punkty: akumulatory do Nikona, karty SD, powerbank, wygodne buty. I czysta koszula, bo na targach wszyscy wyglądają, jakby ich wycięto z prospektu.

Naprawdę sprawdzam, czy stara torba fotograficzna nie ma dziury w podszewce i czy wystarczy mi czystych skarpetek na trzy dni.
10:45, przy patelni
Pierwszy naleśnik zawsze idzie do kosza. To prawo fizyki, którego nie przeskoczę, choćbym nie wiem jak rozgrzał teflon.
Córcia wychodzi z pokoju w za dużym dresie. Słuchawki na szyi, telefon w dłoni. To jest ten etap, w którym „mhm” oznacza aprobatę, a brak „mhm” oznacza, że mam natychmiast przestać pytać o plan lekcji.

Naprawdę skrobię przypalony brzeg ciasta i udaję, że nie widzę, jak Córcia dyskretnie sprawdza zegarek pod stołem.
11:30, stół w salonie
Jemy w ciszy przerywanej tylko stukotem widelców. Pierwszy tydzień liceum przeorał ją mocniej, niż chce przyznać. Nowi ludzie, nowe kody, dojazdy, które nagle trwają godzinę zamiast dziesięciu minut.
— Dużo zadali? — ryzykuję.
— Tata, to jest liceum. Tu się nie „zadaje”, tu się „przeżywa”.
Wracam do swojego talerza. W liceum też głównie przeżywałem, tylko wtedy nie było do tego aplikacji.
12:40, ekran telefonu
Marta. Nie pisała od piątku, kiedy zapytałem, czy pies już wybaczył jej te dwie noce w klinice.
Wibracja. Patrzę na wyświetlacz.
„....”
Cztery kropki. Nic więcej.


Naprawdę gapię się w te kropki i zastanawiam się, czy to błąd w pisaniu, brak zasięgu, czy najbardziej eleganckie „odwal się”, jakie w życiu dostałem.
15:15, przedpokój
Wyciągam walizkę. W przyszłym tygodniu Kielce. Widzę już te stoiska: hostessy w idealnie dopasowanych kostiumach, z uśmiechem, który nie drży nawet po ośmiu godzinach na szpilkach. One wiedzą, że są częścią wystawy, tak samo jak drony i systemy radarowe. Perfekcyjna oprawa męskiego świata, który udaje, że patrzy na parametry techniczne.
Przymierzam marynarkę. Jest ciaśniejsza niż rok temu.

17:00, przy oknie
Niedziela gaśnie powoli. Córcia pakuje plecak, w salonie panuje ten specyficzny rodzaj spokoju, który zapowiada poniedziałek.
— Kaśka zerwała z Adamem. Znaczy on z nią. Znaczy nie wiadomo.
Podsuwa mi telefon. Ktoś przesłał jej cytat, jeden z tych, które od pierwszego tygodnia krążą po klasie razem z pierwszymi złamanymi sercami.
„Najtrudniej jest uwierzyć, że ktoś cię widzi, kiedy ty sam starasz się zniknąć."
— Głupie, nie? — pyta i chowa telefon, zanim zdążę cokolwiek powiedzieć.
Otwieram notes na ostatniej stronie. Pod listą zakupów i sprzętu na Kielce dopisuję to zdanie.
Głupie nie jest.
Gustav to pseudonim redakcyjny. Postać, nie osoba.




