
Wszystko co dobre, szybko się kończy. Lato na przykład skończyło się jeszcze przed swoim astronomicznym rozpoczęciem. Letnie ubrania, kupione na czerwcowe upały, zawisły w szafie, bo okazji zabrakło. Ale kto wie, może jeszcze przyjdzie dla nich czas, nawet w tym roku.
Nie, nie chodzi o globalne ocieplenie klimatu, chodzi o Sylwestra i karnawał.
Ostatniego dnia grudnia, jak co roku, narzekając na tłumy i wysokie ceny, większość wybierze się na okolicznościowy bal. Do hotelu, domu kultury, restauracji, pobliskiej knajpki, gdziekolwiek, byle była muzyka, dużo dobrego jedzenia i morze alkoholu. Bo to przecież jedna, jedyna taka noc w roku - magia.
Największy wstrząs w konfrontacji z rzeczywistością przyniósł przełomowy Sylwester 1999/2000. Próbowano nawet powtórzyć jego kasowy sukces, przekonując, że wiek zaczyna się dopiero w jego pierwszym roku, że ważniejsza jest noc 2000/2001. I te kilka godzin raz do roku dalej jest momentem kluczowym, wraz z wszelkimi towarzyszącymi temu konsekwencjami.
Przywitanie Nowego Roku w Dublinie ogranicza się do toastu o północy i zabawy do około 3 w nocy w centrum miasta. Na obrzeżach niektóre knajpy zamykane są już o 00:30. Tamtejsze puby w większości nie przypominają naszych krajowych. Nie mówiąc już o tym, że w Polsce poza centrami miast nazwa "pub" oznacza stałą melinę miejscowej łobuzerki. Na wyspach jest inaczej.

Lokale - nawet w dzielnicach tak odległych od śródmieścia Dublina, jak dla porównania w Polsce Jelonki albo Zacisze od centrum Warszawy - to piętrowe, wolno stojące budynki, o nowoczesnym albo tradycyjnym dizajnie. Ale zabawa trwa krótko,
Ulice patroluje Garda - tamtejsza policja, która ma prawo wetknąć nos do każdego lokalu, a nawet ukarać mandatem zapóźnionych gości. Tylko nocne kluby na licencji są uprawnione do zabawiania gości do 3-4 nad ranem. Godzina, o której muzyka przestaje grać, i wszyscy muszą wyjść, zawsze jest dokładnie określona, tak jak po seansie w kinie. Tym, którzy nie są w stanie poruszać się odpowiednio szybko, w wychodzeniu pomagają ochroniarze i personel.
Irlandzka komunikacja jest w dużo bardziej opłakanym stanie niż nasza rodzima. Na pocztówkach z Dublina krąży zdjęcie szkieletu z walizeczką, siedzącego na przystanku autobusowym. Atutem miasta jest to, że jest mniejsze, a taksówki są relatywnie tańsze. Wszystkie kluby, puby i inne punkty rozrywki można obejść na piechotę, bo są przy kilku głównych ulicach. Nawet praktykując klasyczny clubbing, w drodze z baru do baru, nie przerywamy zabawy, bo chodzenie, tymi kilkoma ulicami w nocy, też jest zabawą!
Pełno tam pań w świecących kubraczkach, koszulkach, z brokatowymi torebeczkami - takich, które u nas naprawdę widuje się tylko w noc sylwestrową. Tam to weekendowa norma. Makijaż, bardzo mocny, najlepiej świecący, buty na najwyższym możliwym obcasie, ubranie kolorowe, niezakrywające nawet bardzo okrągłych kształtów. Ale kto by się tym przejmował?! Mężczyznę pod ramię i w drogę.
Na ulicach, między 22:00 a 23:00, królują piesi. Migoczący tłum przelewa się przez chodniki. Ludzie pozdrawiają mijających ich znajomych. Przed barami stoją grupki palących, bo w środku nie wolno.
W weekendy muzyka na żywo w barach jest obowiązkowa, ale parkietu do tańca jako takiego i kolorowych świateł brak. Za to jest paczka znajomych i paleta popularnych alkoholi, które pije się siedząc przy stoliku. I to właściwie wszystko. Kolejka za kolejką. I w zasadzie nic się dalej nie dzieje. Ludzie siedzą. Niewiele mówią, bo muzyka coraz głośniejsza. Wydaje się, że nie po to tam są, żeby mówić. Nagadają się w tygodniu w pracy, i to im wystarczy.
Następny alkohol pojawia się na stoliku, zanim jeszcze skończy się aktualnie spożywany. Goście gdy już dobrze podpiją i usłyszą, jak co tydzień, te same znane przeboje, podrywają się z miejsc i sami sobie tworzą parkiet do tańca między odsuniętymi stolikami.
Tak zastaje ich godzina "Zet", czyli mniej więcej wpół do pierwszej, i światła w barze zaczynają migać. Ale to nie jest spóźniona dyskoteka, ani problemy z elektrycznością, tylko znak, że za pół godziny barmani uciekną na zaplecze, i nikt już nie poda alkoholu. Kto żyw, pędzi do baru. Tworzą się skorupy ludzkie, przyklejone do blatu, prześcigające się w zamawianiu kilku drinków na osobę. Barmani dwoją się i troją. Posługują się wszystkimi czterema kończynami, a czasem jeszcze i innymi częściami ciała przy nalewaniu zamówień.
Irlandczycy akceptują to. Na spotkania z przyjaciółmi wybierają raczej pub niż kluby nocne. Te ostatnie wśród tubylców cieszą się złą sławą. W klubach bawią się głównie obcokrajowcy, którym nazwa ta nie kojarzy się z niczym złym.
Irlandzkie kluby nie mają jednak nic wspólnego z polskimi. Panuje tam atmosfera mało pozytywnie pojętej przygody, czasem chamstwa. W pubach personel dba o gości. Gdy klient poskarży się na uciążliwego sąsiada, sąsiad ten może mieć problemy by wejść do pubu następnym razem. W klubach tego nie ma. Obsługa zajęta jest czym innym. I aż się prosi o selekcję na bramce, tak znienawidzoną nad Wisłą.