Archiwum

Atrakcją są wieczory panieńskie. Tam nazywa się to "hen party", czyli kilka kwok - druhen, przepisowo prezentujących jednakowe stroje, i wyróżniająca się kura - przywódczyni, przystrojona białym welonem. Stroje dla nich są dostępne w specjalnych sklepach i w różnych wariacjach. Najlepiej, gdy są jak najbardziej prowokacyjne, zauważalne, wulgarne.


godzina "Zet" - mniej więcej wpół do pierwszej, światła w barze zaczynają migać, to nie spóżniona dyskoteka, a znak, że barmani uciekną zaraz na zapleczeCały ten barwny potok wlewa się w drzwi lokali wszelkich. Co najciekawsze, te najbardziej błyszczące, roznegliżowane, wyfiokowane panie, pasujące do stroboskopowych błysków, zasilają szeregi gości nie na parkietach najnowszych nocnych klubów, tylko zwykłych barów.


W weekendy muzyka na żywo w barach jest obowiązkowa, ale parkietu do tańca jako takiego i kolorowych świateł brak. Za to jest paczka znajomych i paleta popularnych alkoholi, które pije się siedząc przy stoliku. I to właściwie wszystko. Kolejka za kolejką. I w zasadzie nic się dalej nie dzieje. Ludzie siedzą. Niewiele mówią, bo muzyka coraz głośniejsza. Wydaje się, że nie po to tam są, żeby mówić. Nagadają się w tygodniu w pracy, i to im wystarczy.


Następny alkohol pojawia się na stoliku, zanim jeszcze skończy się aktualnie spożywany. Goście gdy już dobrze podpiją i usłyszą, jak co tydzień, te same znane przeboje, podrywają się z miejsc i sami sobie tworzą parkiet do tańca między odsuniętymi stolikami.


Tak zastaje ich godzina "Zet", czyli mniej więcej wpół do pierwszej, i światła w barze zaczynają migać. Ale to nie jest spóźniona dyskoteka, ani problemy z elektrycznością, tylko znak, że za pół godziny barmani uciekną na zaplecze, i nikt już nie poda alkoholu. Kto żyw, pędzi do baru. Tworzą się skorupy ludzkie, przyklejone do blatu, prześcigające się w zamawianiu kilku drinków na osobę. Barmani dwoją się i troją. Posługują się wszystkimi czterema kończynami, a czasem jeszcze i innymi częściami ciała przy nalewaniu zamówień.


irlandzkie kluby nie mają jednak nic wspólnego z polskimiMuzyka cichnie. Obsługa znika. W teorii czas ten przeznaczony jest na dopicie ostatniego drinka i wyjście. Ale zabawa w barze trwa w najlepsze! Języki się rozwiązują. Przypominają się kawały. Niewypity alkohol czeka na swoją kolejkę. Wtedy wkracza personel i wypędza gości - najpierw po dobroci.


Irlandczycy akceptują to. Na spotkania z przyjaciółmi wybierają raczej pub niż kluby nocne. Te ostatnie wśród tubylców cieszą się złą sławą. W klubach bawią się głównie obcokrajowcy, którym nazwa ta nie kojarzy się z niczym złym.


Irlandzkie kluby nie mają jednak nic wspólnego z polskimi. Panuje tam atmosfera mało pozytywnie pojętej przygody, czasem chamstwa. W pubach personel dba o gości. Gdy klient poskarży się na uciążliwego sąsiada, sąsiad ten może mieć problemy by wejść do pubu następnym razem. W klubach tego nie ma. Obsługa zajęta jest czym innym. I aż się prosi o selekcję na bramce, tak znienawidzoną nad Wisłą.

strony:

Dodaj komentarz

Dodany: Piątek, 19 Października   wykop ten link!


Oceń artykuł

Oceń teraz: 4.5 (głosów: 11)

 RSS komentarzy

  • Autor: mirka0611 - (2007-10-28 11:11)

    Artykuł jak najbardziej prawdziwy, ale młodzież irlandzka nie ma umiary w piciu i z soboty na niedzielę dzieją się niesamowite sceny i wcale nie musi to być taka metropolia jak Dublin wystarczy małe sympatyczne i malownicze miasteczko takie jak Castlebar Co Mayo. Wychodząc rano z domu następnego dnia, można czasami skompletować nie tylko garderobę ale i biżuterię.

     

  • Autor: lulinka - (2007-11-02 22:10)

    hej, wybieram sie za kilka tygodni do Irlandii. Che tam popracowac, zarobic troche, pozwiedzac no i pobawic sie. Jakie miejsca polecacie, no i o czym warto wiedziec przed takim wyjazdem?

więcej


więcej